
WŁOCHY – dzień 3 i 4
Rzym nie od razu zbudowano, ale my go w jeden dzień zdobyliśmy!
Dzień trzeci: Operacja „Wieczne Miasto”. Pobudka o 2:00 rano? Dla nas to żadna nowość – w końcu jesteśmy profesjonalistami! Po 6 godzinach w autokarze (które przespaliśmy w pozycjach godnych mistrzów jogi) zameldowaliśmy się w sercu świata.
Nasza trasa dla prawdziwych twardzieli:
- Watykan: Zaczęliśmy od wysokiego C! Plac św. Piotra zrobił na nas ogromne wrażenie, a chwila zadumy przy grobie Jana Pawła II dała nam siły na dalsze kilometry.
- Rzymskie „Wąskie Uliczki”: Gubienie się w nich to czysta przyjemność! Po drodze minęliśmy m.in. Panteon (majstersztyk inżynierii – szacun od technikum!), klimatyczny Piazza Navona i majestatyczny Ołtarz Ojczyzny. Rzymska architektura to level: Master!
- Fontanna di Trevi: Monety wrzucone, więc powrót do Włoch mamy zagwarantowany. (Oby tylko nie o 2:00 rano!)
- Colosseum: Na koniec stanęliśmy oko w oko z historią. Gladiatorów nie spotkaliśmy, ale patrząc na nasze zmęczenie, sami czujemy się jak po walce na arenie.
Teraz w trybie „slow motion” wracamy do hotelu. Plan jest prosty: kolacja, szybki prysznic i regeneracja totalna. Dlaczego?
Bo jutro… MIRABILANDIA! Zmieniamy historię na adrenalinę, a zabytki na pętle i rollercoastery. Trzymajcie kciuki, żeby nasze żołądki przeżyły to, co dla nich zaplanowaliśmy!









Mirabilandia!
Czyli jak krzyczeć w trzech językach naraz!
Dziś zostawiliśmy zabytki w spokoju i postawiliśmy na czystą adrenalinę. Po wizycie w Mirabilandii możemy z dumą ogłosić: nasze fryzury już nigdy nie wrócą do pierwotnego kształtu, a gardła wymagają natychmiastowej regeneracji!
Co się działo?
- Rollercoastery: Przeciążenia były takie, że niektórzy przez chwilę widzieli przyszłoroczne pytania na egzaminach zawodowych. Speed i Katun sprawiły, że nasze żołądki zamieniły się miejscami z sercami!
- Karuzele: Kręciliśmy się tak bardzo, że po zejściu na ziemię droga do stoiska z jedzeniem przypominała spacer po linie nad przepaścią.
- Włoskie jedzonko: Pizza i pasta smakują zupełnie inaczej, gdy jesz je z poczuciem, że za 15 minut znowu będziesz lecieć głową w dół. Wyzwanie przyjęte i zaliczone!
- Atmosfera: Towarzystwo z „Trójki” to ekipa nie do zdarcia. Śmiechom, piskom i wspólnym zdjęciom z minami pt. „dlaczego ja tam wszedłem?!” nie było końca.
Mamy mnóstwo wspomnień, trochę zakwasów od trzymania się barierek i absolutną pewność, że to był najlepszy reset, jakiego potrzebowaliśmy.
Wracamy zmęczeni, ale z bateriami naładowanymi na maksa!
Mirabilandia zaliczona! Ale to jeszcze NIE KONIEC!





